|
Godzina 7.00- Odra, jest chłodno, nie pada, ale płaszcze i parasole są w pogotowiu. Wszyscy mieszają już zanętę w swoich olbrzymich wiadrach ( dwóch, trzech, a nawet czterech, bo przecież jedno to stanowczo za mało). Prezes sprawdza obecność. Są prawie wszyscy, którzy się zapisali, każdemu zależy na punktach do klasyfikacji łącznej, bo głównie o to toczy się walka w ten sobotni ranek. Niektórzy za pomocą dopingu(pod postacią browara), próbują rozluźnić atmosferę, ale i tak każdy wie, że dziś rywalizacja będzie ostrzejsza niż zwykle. Rozpoczyna się losowanie. Liderzy najwyraźniej nie mają szczęścia… oj będzie się działo!
Ruszają wszyscy zawodnicy, kto pierwszy dotrze na swoja tamę? Pędza… samochodami, rowerami, niektórzy pomykają niczym duchy… Gdy nawet spóźnieni odnajdą wreszcie swoje miejsce, rozpoczyna się rozkładanie. Rowerzyści jak zwykle szybciej od innych, sprawnie, wnoszą na tamę swoje sprzęty, ale lenie samochodowe potrzebują więcej czasu. Wyciągają powoli kilogramy żelaza z bagażnika: platformy, sztyce, siedziska, nie wspominając już o kilku wędkach. Godzina 8.55, pada komenda: „Wolno nęcić!”- sędziuje Koluniu Jerzy Libert.
Rozpoczyna się bombardowanie, czyli skuteczne odstraszanie ryb, do wody trafia wszystko co nosi nazwę zanęty, włącznie z ziemniakami i makaronem z wczorajszego obiadu, ewentualnie dociążonego gliną. 9.00, łowimy, w wodzie leżą już różnego rodzaju przynęty: małe, duże, białe, czerwone robaczki, castry, ochotka, dżdżownice i Bóg wie co jeszcze. Każdy zastanawia się nad jednym: na co dziś ta ryba będzie miała ochotę? Mija 30 minut. Od czasu do czasu zaczyna kropić deszcz, ale wędkarzom niewiele to przeszkadza. Niektórzy zaczynają uskuteczniać już spacery brzegiem tamy…najwyraźniej ryba nie bierze. Czas płynie bardzo szybko, wreszcie znów daje się słyszeć okrzyk brodatego sędziego:” Koniec zawodów!” Mało kto kończy łowienie w miejscu w którym pierwotnie usiadł. Pora się zwinąć, zawodnicy wracają pod leśniczówkę. Przy wadze okazało się że wyniki nie są najlepsze, ryba nie żerowała zbyt intensywnie(pojedyncze krąpiki, leszcze, ale przede wszystkim klenie). Najlepszy wynik wśród seniorów uzyskał Paweł Dera (4180g.), dalej uplasowali się: Jarosław Bodak (3280g.) i Stanisław Danecki (2720g.). W juniorach zwyciężył Mateusz Bodak (1380g). O kolejnych miejscach decydowała już niekiedy jedna mała rybka. Lider klasyfikacji łącznej znalazł się poza dziesiątką. Dzisiejszy zwycięzca Paweł Dera ufundował mu najnowszy „Poradnik wędkarski”. Po takiej lekturze na rozpoczęcie sezonu 2007 na pewno będzie najlepszy. Zwycięzcy wybrali sobie nagrody, ale nawet Ci którym się nie poszczęściło nie odjechali z pustymi rękami. Od Pana Prezesa otrzymali nagrody pocieszenia, czyli nowe spławiki. W miłej atmosferze, wgryzając się w kruszynowe kiełbaski, zawody dobiegły końca. Wszyscy pożegnali się … i z entuzjastycznym okrzykiem: „Do wiosny!” sezon wędkarski 2006 w kole nr 4 został uznany za zakończony.
Zapewne później, w domowym zaciszu, osoby posiadające Internet zaczęły przeliczać punkty w tabeli wyników… ale to już zupełnie inna historia =) |