2007-10-03 19:10:00Łeba 2007 - Wyprawa na dorsze - 21.09. - 22.09.2007r
Autor: Zarząd KołaWymarzony wyjazd na dorsze wreszcie się spełnił. Po 8 godzinach jazdy busem dojechaliśmy do Łeby. Słoneczny dzień dobiegał końca, właściwie już szybko nadchodził wieczór. Uczestnicy tej niecodziennej wycieczki głodni wrażeń i jodowanego nadmorskiego powietrza, po zakwaterowaniu się w miejscu noclegu, rozeszli się po okolicznych barach i przyportowych smażalniach ryb. Późnym wieczorem na kwaterze, kol. Rysiu Kruszyk przeprowadził przyspieszony kurs wiązania zestawów na dorsze.
Mirek Bodak oferując swoje przynęty i haczyki do pokazu został trochę ogołocony ze swoich skarbów, ponieważ niektórzy koledzy też chcieli mieć zawiązane fachowo przynęty.
Wczesnym świtem następnego dnia wypłynęliśmy na pełne morze. Pogoda była wyśmienita. Słoneczko lekko przebijało się pomiędzy chmurami. Kuter lekko kołysał się na falach. Był to duży kuter z burtami chroniącymi wędkarzy od morskiej bryzy. Płynęliśmy daleko. Rejs zaplanowany był poza strefę graniczną do neutralnego pasa morza Bałtyckiego.
Po około 2,5 godzinnym ciągłego kołysania szyper postawił kuter w dryfie i głośnym sygnałem przypominającym dźwięk starego puzonu oznajmił początek łowienia. Efekty były beznadziejne. Nikt nie złowił nawet meduzy. Popłynęliśmy jeszcze na głębszą toń. Fale coraz mocniej rozbijały się o burty naszego "Tytanica". Kierowca "busa" który wypłynął również z nami, nie po raz pierwszy będąc w morzu, stracił kolory i blady na twarzy chcąc nie chcąc nęcił ryby wystawiając głowę za burtę. Później okazało się, że był to dobry sposób na dorsze.
Po kolejnym postawieniu kutra w dryfie z całego "towarzystwa łowiącego" pierwszego dorsza złowił kol. Janek Kruszyk. Był to jeden z dorodniejszych dorszy w tej wyprawie. Więcej ryb w tym miejscu nie złowiono. Popłynęliśmy dalej i tak parę razy stawaliśmy do połowów z różnymi efektami. Czasami łowiący z prawej burty łowili zestawy kolegów łowiących z lewej burty a po zmianie dryfu był rewanż. Powoli zapełniały się skrzynki złowionymi rybami ( dorszami ).
Wytworzyła się cicha rywalizacja. Ktoś wyciągnął dublet (tzn. na jednym zestawie dwie ryby), a zdarzyły się nawet potrójne wyciągnięcie ryb. Robiło się czasami tak gorąco z emocji, że godziny mijały tak szybko jak minuty. Scenariusz powtarzał się za każdym razem, kiedy kuter dopływał do kolejnego łowiska. Żołądki były już mocno sfatygowane tym ciągłym kołysaniem statku, kiedy fala mocniej przybrała na sile przybyło bladych twarzy i następowało kolejne nęcenie ryb.
Tak po kilkunastogodzinnym zmaganiu się z przyrodą zawróciliśmy do lądu i po ok. 3,5 godzinach stanęliśmy na upragnionej ziemi. Jak się okazało z relacji "szypra" prowadzącego kuter, wypłynęliśmy ok. 38 mil od linii brzegowej i złowiliśmy najwięcej ryb z wszystkich kutrów wypływających w tym dniu w morze. Było super i przeżyliśmy moc wrażeń. Będziemy czekać na następny wyjazd (może tylko trochę bliżej).